Majówka!

Wyczekiwany, wytęskniony odpoczynek na wsi stał się już tylko wspomnieniem… A dzisiejsza notka będzie bardziej fotograficzna!

Widok na ogród

Tegoroczną majówkę można opisać kilkoma prostymi słowami. Alergia, zatrucie, zimno, wycieczka i nieco pracy. Najbardziej dokuczała mi właśnie alergia, głównie dlatego, że moim rodzicom akurat zachciało się kosić trawnik. Niewiele widziałam na oczy (potem jedno bardzo spuchło i popękały mi wszystkie naczyńka :) ), a na wszystkich zdjęciach, na których dokładnie widać mi twarz, wyglądam jakbym była mocno naćpana O_o Nie wspomnę już o katarze i fakcie, że do najcieplejszych to ten weekend nie należał… Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to zapewnię, że bawiłam się całkiem dobrze i w miarę możliwości odpoczęłam. W tym roku wreszcie mogę okupować swój wymarzony pokój na piętrze, z widokiem na zachód słońca i oknami dachowymi. Co prawda właściwie nie jest jeszcze wykończony, ale ma podłogę, cztery ściany, okna, drzwi i dach - a to wystarczyło mi do zainicjowania sobie “gabinetu” niemal z prawdziwego zdarzenia:

Gabinet

Miałam nadzieję, że uda mi się zrobić więcej pracy przez te kilka dni, no ale niestety… Częściowo z powodów zdrowotnych, a częściowo z czystego lenistwa nie zrobiłam dużo, ale za to udało mi się wreszcie uporządkować nieco moją pracę zaliczeniową.

Ale tak naprawdę najmilszym aspektem tegorocznej majówki była wycieczka, na którą udało mi się namówić moich rodziców. Wycieczka była całkowicie spontaniczna. Wracaliśmy ze sklepu z zakupami i przypomniało mi się, że całkiem niedaleko jest jakiś zabytek z czasów II wojny światowej, bodaj jakieś bunkry. Okazało się, że faktycznie jest nawet znak drogowy wskazujący kierunek. I tak po prostu zdecydowaliśmy, że przejedziemy kawałek, zobaczymy co to takiego jest. I jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy… Tak słabo oznakowanej drogi jeszcze nie widziałam. A jeszcze większym szokiem byli tubylcy, którzy totalnie źle nas poprowadzili (szczególnie jedna pani, która stwierdziła, żebyśmy przypadkiem nie skręcali teraz w lewo, bo to zła droga! Pół godziny później okazało się, że to właśnie tam należało skręcić…. cóż.). Wreszcie udało nam się dostać na dobrą drogę i odnaleźć te kilka znaków prowadzących na miejsce. Niestety leśna droga okazała się nieprzejezdna dla samochodu, ale ponieważ to miało być już tuż tuż, niedaleko, wybraliśmy się spacerkiem… Po godzinie marszu, gdy już całkiem straciliśmy nadzieję, a mama niemal zabiła mnie lagą, którą musiała się podpierać z powodu chorej nogi, odnaleźliśmy znak!

Do bunkrów

Najpierw jednak czekał na nas pomnik (jak się później okazało główna atrakcja, ale nie uprzedzajmy faktów):

Pomnik

Tablica

Druga tablica

A dalej już droga do bunkrów:

Droga

Mostek

I wreszcie bunkry… największe rozczarowanie. Przypuszczałam już wcześniej, że zabytki nie będą w dobrej kondycji, ale nazwa “bunkry” troszeczkę rozmija się tu z rzeczywistością. Były to bowiem ziemianki, jamy wykopane w ziemi, które dzisiaj są już tylko zwykłymi dziurami w ziemi, zarośniętymi trawą. Nie wiem czy na zdjęciach będzie cokolwiek widać, ale mam nadzieję, że Wasza wyobraźnia zadziała ;)

Bunkier 1

Bunkrów było w sumie cztery. A raczej tego, co po nich zostało. Mimo wszystko uważam wycieczkę za udaną i bardzo ciekawą. W trakcie drogi powrotnej do samochodu (kolejna godzina) ułożyłam cały plan zagospodarowania tego miejsca. Szkoda, że gmina Włoszczowa tak mało stara się o utrzymanie swoich zabytków w dobrym stanie, oznakowanie tego miejsca i utrzymanie drogi, aby można było podjechać bliżej. Można by z tego miejsca zrobić naprawdę fajną atrakcję turystyczną, bo wbrew pozorom, gdyby trochę ruszyć głową naprawdę byłoby co zwiedzać. Nawet nie mówię tu o zrekonstruowaniu tych ziemianek - wystarczyłoby kilka gablot, a w nich rysunki, informacje i trochę historii. Zupełnie inaczej można na to popatrzeć gdy się ma choć garść informacji o tym co tu się działo i jak to wyglądało. Niemniej jednak - wycieczka ciekawa i pouczająca ;)

I tak wreszcie skończył się długi weekend. Niedługo kolejny majówkowy weekend, ale tym razem będę musiała spędzić go na uczelni. Już się cieszę :(

Jeszcze dłuższa przerwa :-)

Tak dawno mnie tu nie było, że nawet odnaleźć się na wordpressie nie mogę :-) Nowa szata graficzna, chyba jakieś nowe opcje? Wygląda fajnie, ale i tak bardziej podoba mi się ostatnio blogspot. Jakoś tak… bardziej kreatywny i więcej rzeczy można na stronie zmieścić.

Ale chyba nie o tym miałam pisać. Tak, tak - bardzo długo mnie nie było. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Zmieniłam stan skupienia ze stałego na płynny. Przeszłam rehabilitację która nic nie dała. Pożegnałam się z cukrem i innymi przyjemnościami. Zaczęłam się aktywizować. Zostałam zasypana robotą na studiach (czasem się cieszę, ze nie pracuję, bo nie wiem co by się działo, jakbym miała jeszcze mniej czasu niż teraz). Zakochałam się w Czesiu.

To tak w skrócie. Pewnie cośtam się jeszcze wydarzyło, ale zdaje się już nie pamiętam. Postaram się częściej coś skrobnąć. I zapraszam na moją nową stronkę, która dopiero powoli powstaje i przejmie rolę takiego skarbczyka moich przemyśleń i wątpliwości - choć pewnie częściej wątpliwości.

Thaumadzein - zdziwienie rzeczywistością

A na zakończenie - Czesio - Jak się nazywasz? ;)

Długa przerwa

Nie było mnie tu sporo czasu. Zbyt wiele się dzieje i zbyt wiele spraw na głowie, żeby cokolwiek pisać. Jak jest źle, to po prostu nie ma siły, jak jest dobrze, to nie piszę, żeby nie przegapić żadnej dobrej chwili. Teraz znowu jest sesja egzaminacyjna, więc nie bardzo jest czas na cokolwiek. Przynajmniej jednak mogę się pochwalić w miarę dobrymi ocenami :-) Przede mną jeszcze dwa egzaminy i praktycznie cały luty wolny. Jest się z czego cieszyć. Niedawno nawet w jednej wolnej chwili przysiadłam nad zapowiadanym kiedyś dawno temu opowiadaniem o pewnej małej dziewczynce. Teraz znowu leży i czeka na lepsze czasy. A tak w ogóle, to odbiło mi na punkcie etyki, pochłaniam w każdym dogodnym momencie książkę za książką. Może wreszcie odnalazłam coś, w czym naprawdę dobrze się czuję. Zapisałam się już na przyszły semestr na wszystkie zajęcia jakie były z tej dziedziny (niestety niewiele tego, a ja czuję wciąż głód wiedzy…). Przetrawiam obecnie Arystotelesa “Etykę nikomachejską” przeplatając ją książkami i artykułami Ossowskiej. Sama muszę przyznać, że ostatnio dużo czasu poświęcam książkom i nauce, niekoniecznie ściśle związanymi z sesją egzaminacyjną ;-)

Aha, zapomniałabym. Jakiś czas temu pisałam, że mam zostać matka chrzestną. Teraz mogę się pochwalić, że ta podniosła chwila już nastąpiła :-) Moja Sandra:

Sandra

Sandra i ja

Dziewczyna i duch…

Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam - nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych - zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię - wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie :) A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe - zerżnięte, choć wolę myśleć - zainspirowane. Jest taka jedna piosenka “Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…

” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”

I to przerażające zakończenie……

” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”

Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko :)

Złodzieje czasu.

Coś ostatnio nikt mnie nie odwiedza. Ale ja i tak będę się wywnętrzniać :)

Niedawno usłyszałam jakiś kabaretowy skecz w radiu, na trójce. Chodziło o ludzi, którzy sprzedają swój wolny czas i w ten sposób zarabiają na życie, a ludzie, którzy są zapracowani kupują sobie taki czas i dzięki temu mają go więcej. Konkluzja była taka, że okazało się, że przez taki proceder 70-letnia staruszka wygląda jak osiemnastolatka - bo sprzedała innym tyle swojego czasu - i wszystkim ludziom wszystko się pomieszało. Dla mnie najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że to jest genialny materiał na… opowiadanie! Nie wiem skąd autorzy skeczu wzięli natchnienie i nie wiem, czy przypadkiem ktoś już nie wpadł na taki sam pomysł, ale bardzo chciałabym kiedyś coś takiego napisać. Na razie mam tylko same ramy tego opowiadanka, nic konkretnego. Ale pomysł jest boski :)

W każdym razie… czuję się ostatnio, jakbym to ja sprzedawała swój czas, ale zupełnie nieświadomie. Ostatni tydzień minął mi jak mgnienie oka i nie zrobiłam zupełnie nic z tego, co sobie zaplanowałam. No prawie nic, bo tam jednak na jakieś sesje odpisałam, parę newsów napisałam… ale mimo wszystko to mało! Jak na tyle planów! Gdzie sie podział mój czas? Kto go ukradł? Co się z nim stało? Ciekawą rzecz zauważył jeden z moich profesorów. Wszystkie rzeczy, które kupują ludzie mają za zadanie ułatwić im życie i dać im więcej czasu. W porównaniu z tymi wszystkimi obowiązkami, które mieli ludzie jeszcze sto lat temu, dzisiaj jest dla nich po prostu raj!  Powinni mieć tyle czasu wolnego, że nie wiedzieliby co z nim zrobić. A tymczasem co? Wydaje się, że jest go jeszcze mniej, niż te sto lat temu. Trudno czasem uwierzyć, że raz czas płynie wolno i ciągnie się niemiłosiernie, a raz biegnie tak szybko, że nim się obejrzymy mija cały dzień. Trudno uwierzyć, że każdy odczuwa go zupełnie inaczej i jest to jak najbardziej naturalne. I że czas jest pojęciem niedefiniowalnym, nieuchwytnym, ulotnym! A mimo to najbardziej podstawowym. A może naprawdę istnieją złodzieje czasu, którzy tylko czyhają na to, aby podebrać nam kilka cennych chwil? Co z nimi robią, do czego są im potrzebne? Obiecuję, że poszukam odpowiedzi na to pytanie i poznacie je jako pierwsi - zamknięte w pewnym opowiadaniu. O ile znajdę czas na jego napisanie ;)

Popper na doła? Czyli co ma metodologia do upadających paladynów…

Odkryłam dzisiaj coś strasznego…

Jakiś czas temu siadłam zdołowana przed lapkiem i wpatrując się nic nie widzącymi oczami w ekran mimowolnie sięgnęłam po pierwszą z brzegu książkę. Padło na Poppera “Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Machinalnie odnalazłam rozdział, który mam zgłębić na kolejną metodologię i zaczęłam czytać… Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie dość, że sięgnęłam z własnej nieprzymuszonej woli po Poppera (tym panem można by straszyć małe dzieci - “Jak nie będziesz grzeczna, to poczytam ci Poppera! Muhahaha…!!”), to na dodatek całkiem rozumiem o czym pisze i jeszcze okazuje się, że złe myśli odchodzą pod jego wpływem! Wciągnęło mnie nawet, póki nie dotarło do mnie co robię. Wtedy mi się odechciało kontaktowania z tym panem :) Tak mnie to przeraziło, że aż musiałam zanotować.

Czytałam dzisiaj o etyce Epikura i znalazłam jedną ciekawą myśl. Generalnie niby wszelka przyjemność jest według niego miarą szczęścia i jednocześnie dobra. I analogicznie ból jest nieszczęściem, a więc złem. Ale nie każda przyjemność jest warta wyboru. I nie każdego bólu należy unikać. Mędrzec wie, że niekiedy warto cierpieć, żeby później zaznać jeszcze większego szczęścia. I tu mi jak bumerang wrócił temat moich upadłych (upadających?) paladynów. Tak mi przyszło do głowy, że może to jest tak, że oni są za głupi na to, żeby upaść. Żeby zrozumieć, że wszystko co wyznają to złudzenie i dlatego mimo wszystko ciągle trzymają się swojego. Ale może właśnie jest zupełnie odwrotnie? Może są zbyt mądrzy, by dopuścić do siebie możliwość pomyłki? Mają w sobie coś, co silniejsze jest niż magiczna zbroja - pewność. Wiarę. Nadzieję. Nikt nie powiedział, że są idealni i nie mają nigdy momentów zwątpienia. Ale tu jeszcze jedna ciekawa myśl Epikura, który ponad wszystko nie cierpiał wyznawców przeznaczenia: świat nie jest zdeterminowany i nigdzie nie jest zapisane, że będzie tak a nie inaczej. Kształtują go nasze własne czyny. I może właśnie to tak naprawdę przyświeca paladynom? W to wierzą bardziej, niż w cokolwiek innego i to daje im siłę do dalszej walki - mimo wszystko.

Hmm… A najpewniej jest to tylko daremna próba uzasadnienia przed samą sobą własnych motywów postępowania i wrzucenia ich w ramy jakiejś pseudo psychologicznej teorii. Co nie umniejsza ani mojego obecnego dołka, ani nie rozwiązuje żadnego mojego problemu. Ale popisać sobie zawsze można, wydaje się, że lżej się robi na duszy.

P.S.: Coś sobie jeszcze wymyśliłam, tu przekształciłam, tam dodałam i wyszło takie oto: “Wiara mym orężem, Nadzieja tarczą moją, a Miłość - pancerzem…”. Nawet prawie się rymuje   o_O

Odcienie szarości…

Tak się dziwnie składa, że każdy weekend na uczelni zmusza mnie do jakiejś głębszej refleksji nad rzeczywistością (to normalne?). Ostatnio miałam to szczęście, że przepisałam się na zajęcia z antropologii kultury, co okazało się bardzo dobrym posunięciem. Zajęcia ciekawe i skłaniają do myślenia.

Pewnie już ktoś kiedyś wpadł na ten sam pomysł - coś, co ja nazywam “teorią szarości”. Podczas bardzo burzliwej dyskusji na temat kultury w dzisiejszych czasach, macdonaldyzacji i zagadnieniami, którymi antropologia powinna się dzisiaj zajmować, z przerażeniem zauważyłam okropną tendencję właściwie wszystkich kolegów z roku do patrzenia na świat w kategoriach czarny-biały. Jest tak, albo tak, nie ma pośredniego wyjścia. Na wszystko patrzy się z góry, ocenia się ogólnikowo, generalizuje się wszystko. A przeważnie widzi się tylko czarne barwy. Kłótnia była zażarta, trudno było się przebić przez stado krzyczących panów, udowadniających swoje racje. Ale gdy wreszcie dali mi dojść do głosu, zapytałam - dlaczego uważacie, że wszystko jest czarne albo białe? Przecież dookoła jest mnóstwo odcieni szarości! Nic nie jest tak jednoznaczne, żeby można było z całą stanowczością stwierdzić - to jest właśnie takie i koniec. Jest tak wiele aspektów życia, które można różnorodnie rozpatrywać, że nie wyobrażam sobie jak można cokolwiek jednoznacznie oceniać! Ktoś powiedział mi, że trzeba się zdecydować na coś, nie można oceniać tego samego na dwa różne sposoby. A właśnie, że można! Ktoś może być świetnym pracownikiem, genialnym naukowcem, a jednocześnie tyranem domowym poniżającym swoją żonę. I co, dobry jest czy zły? Ktoś krzyknie - zły, zasługuje tylko na potępienie! Ale czy życie rodzinne jest jedynym względem, pod którym mielibyśmy rozpatrywać człowieka? Czy nie liczy się to, że wynalazł lek, który pomoże ocalić życie setek tysięcy dzieci? I dlaczego nie weźmiemy pod uwagę to, dlaczego ten człowiek jest tyranem, dlaczego w zaciszu domowym tak postępuje, co na niego wpłynęło? Czy to jego wina, że traktuje kobiety jako jakiś odrębny, gorszy gatunek, czy może miało na to wpływ jego traumatyczne dzieciństwo, z którego wyszedł tak naprawdę psychicznie okaleczony? I kto w takim razie jest zły - on, czy ten, kto go okaleczył? Takich pytań można mnożyć w nieskończoność. Dlaczego więc mamy tendencję do wyrównywania wszystkiego do jednego poziomu, patrzenia jednowymiarowo?

Dokładnie tak samo jest w filozofii. Nieśmiertelna kłótnia chociażby empirystów brytyjskich i racjonalistów kontynentalnych. Albo źródłem poznania są zmysły, albo źródłem poznania jest rozum - i koniec, nie ma żadnych wyjątków. I teraz kto ma rację, na czym opiera się nasze poznanie? No w sumie zmysły są nam do tego koniecznie potrzebne, dzięki nim odbieramy świat. Ale to rozum nam to umożliwia, bez umysłu nie bylibyśmy w stanie nic ogarnąć. I teraz co ma pierwszeństwo i jakie są tego konsekwencje? Dla mnie paranoja, zupełnie jak pytanie co było pierwsze - jajko czy kura? Można toczyć batalie do końca świata i o jeden dzień dłużej, a i tak nikt nigdy nie będzie miał jedynie słusznej racji. Może po prostu nie ma jedynie słusznej racji? Albo wystarczy patrzeć na świat nieco mniej ostro. Pozwolić czerni i bieli rozmazać się, rozmyć, zmieszać. Potrzeba było wielu dziesięcioleci i przyjścia Kanta, żeby zmieniła się perspektywa patrzenia. Żeby można było wreszcie dostrzec, że istnieje coś takiego jak szarość. Zastanawiam się dlaczego oni od razu na to nie wpadli? Może niekoniecznie na krytykę i zmianę perspektywy postrzegania, ale chociażby na to, że kłótnia jest bez sensu i że może wystarczy połączyć obie teorie w jedną…

Takie czarno-białe postrzeganie świata jest… smutne. Dużo bardziej smutne niż patrzenie na odcienie szarości. Kojarzy mi się z posiadaniem klapek na oczach i patrzeniem tylko na jeden punkt przed siebie. Bez możliwości rozglądania się na boki, dostrzegania szerszej perspektywy. Świata nie da się skatalogować, zaszufladkować. I to właśnie jest w nim piękne :)

***

A tak trochę z innej bajki. Muszę to napisać, z resztą pisałam to już kiedyś, na innym blogu, który już dawno nie istnieje. Nie wiem jak to jest u innych ludzi, nie rozmawiam praktycznie wcale z innymi na tematy religii. Ale ja nie potrafię do końca rozwiązać pewnej zagadki… Niektórym może się to wydawać śmieszne, innym dziwne, a może niektórym normalne (i chyba tak powinno być) - jak to jest, że zawsze kiedy idę do kościoła i mam jakiś problem, coś zaprząta moje myśli, kazanie zawsze dotyczy właśnie tego problemu? Dosłownie tak, jakby Bóg mówił do mnie. Nie jestem tak do końca osobą zupełnie oderwaną od rzeczywistości. Wiem, że (dobre) kazania są tak skonstruowane, że powinny tyczyć się rzeczy ogólnych, trafiających do każdego człowieka. Powinny dawać ogólne rady czy przykazania, tak aby każdy mógł sobie to dopasować do siebie. Coś jak horoskopy - mogą tak naprawdę odnosić się do wszystkich, bo nie ma w nich nic konkretnego. A jednak… dlaczego kazanie akurat nie tyczyło się czegoś innego, jakiegokolwiek innego problemu? Prosiłam o radę i ją dostałam. Nie pierwszy raz z resztą dostałam dokładnie to, o co prosiłam. I to w takiej formie, która idealnie wpasowała się w moją sytuację. Bluźnierstwem byłoby, gdybym uważała, że Bóg odpowiada tylko na moją prośbę i specjalnie dla mnie mówi o tym czy o tamtym. Ale… no właśnie :)

Prawie jak matka…

Dzisiaj chciałabym się pochwalić :-) Istnieją sobie na świecie takie dwa słoneczka, dla których niedługo będę matką! Matką chrzestną oczywiście. Zawsze kochałam dzieci, niestety w najbliższej rodzinie jakoś nikt nie kwapił się do ich posiadania, a w dalszej rodzinie w kolejce do “matkowania” byłam gdzieś na szarym końcu. Aż tu nagle w tym roku okazało się, że poproszono mnie o trzymanie dziecka do chrztu i to dwa razy! Fajnie jest mieć świadomość, że połączą mnie głębsze więzi z dwójką maluszków, że będę dla nich znaczyła coś więcej. Nie chcę być tylko jakimś symbolem, zwykłą ciotką, która odwiedza dzieci kilka razy w roku przynosząc prezenty, nie zawsze fajne z resztą. Okropne dla mnie jest to istniejące w świadomości ludzi przeświadczenie, że matka chrzestna to ma przechlapane, bo musi tylko szastać kasą i dawać prezenty częściej niż reszta rodziny, do niczego innego w sumie się nie nadaje. Bycie matką chrzestną to przecież coś więcej, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to odpowiedzialne zadanie, nie tylko ze względów religijnych. Symbole mają swoje głębokie znaczenie, a to przecież jest ważny symbol. A może po prostu przeceniam swoją rolę? W końcu kto się teraz przejmuje takimi “pierdołami” jak symbole, więzi czy głębokie znaczenie.

Tak czy inaczej cieszę się i nawet pochwalę się moimi słoneczkami:

Kubuś

Ten płowowłosy i błękitnooki aniołek, to Kubuś, w rzeczywistości diablę wcielone (podobno przejdzie mu po chrzcinach :D ). Ma tak intensywnie niebieskie oczka, że można się w nich zakochać bez opamiętania i utopić. Prawdopodobnie wyrośnie z niego łamacz damskich serc, tancerz, pływak tudzież elektryk, informatyk lub po prostu człowiek-demolka. Ma nieco ponad rok, a jego ulubionym zajęciem jest wyłączanie wszelkich wtyczek z kontaktów, włączanie i wyłączanie telewizora i komputera, zabawa przy kuchence gazowej, porządkowanie szafek (to znaczy wyrzucanie wszystkiego z mebli w pokoju i kuchni, jeśli tylko uda mu się coś otworzyć) i oczywiście taniec! Spokojnie mógłby wystartować w następnej edycji You Can Dance :D Poza tym wielbi wszystko co jest mokre, szczególne lubi się myć we wszystkim co choć trochę przypomina wodę, nie ważne czy to soczek, czy woda z ogórków :D A, no i lubi kocie żarcie. I dziwi się, że tak na niego krzyczą, jak uda mu się coś podjeść kociakom ;) W skrócie - od kiedy zaczął chodzić trzeba mieć oczy naokoło głowy i obserwować go bacznie, a nawet zawsze być o krok przed nim w razie gdyby znowu przyszło mu coś ciekawego do głowy. Słodki, prawda?

Sandrunia

A ta uśmiechnięta kruszynka to Sandrunia. Nie ma jeszcze trzech miesięcy, dlatego trudno o niej powiedzieć coś sensacyjnego ;) Lubi spać i jeść… potem znowu spać… i bardzo lubi się uśmiechać! Macha rączkami i nóżkami, gaworzy, a jak zdejmie jej się czapeczkę, to ma nawet całe mnóstwo włosów :D Niestety mieszka bardzo daleko, bo aż w Koszalinie i częste odwiedzanie jej z wiadomych względów jest niemożliwe… ale pocieszam się tym, że jej rodzice myślą nad przeprowadzką do Sosnowca. To by było dopiero fajnie!

To już rok!

Siedzę sobie wygodnie, popijam karaibską herbatkę i tak mnie coś wzięło na wspominki. Przypomniałam sobie, że przecież w październiku zeszłego roku po raz pierwszy odbył się oficjalny zlot Last Inn w Krakowie. Poszperałam chwilę i okazało się, że było to dokładnie rok temu! 28-29 października 2006 r. zebrało się kilka fantastycznych osób, żeby poznać się osobiście i spędzić wspólnie trochę czasu. Jedno z milszych wspomnień minionego roku. Jedna z chyba ważniejszych dat w moim życiu. Nie dlatego, że był to pierwszy zlot, chociaż to też ważne. Ale dlatego, że był to początek zmian w moim życiu. Bodziec, którego bardzo potrzebowałam, żeby ruszyć z miejsca. No i… coś mnie wtedy trzasnęło porządnie i do tej pory mnie trzyma. Coś, albo może ktoś :)

Jak wtedy było? Oj, straszliwie się bałam i jechałam praktycznie z duszą na ramieniu, niepewna tego co się będzie działo. Chyba największe zaskoczenie na dworcu - jeeeej, to Oni tak wyglądają! I nawet nie są tacy straszni… no może poza… :P Potem było już tylko lepiej. Pierwszy Lokal na Stolarskiej po lewej stronie idąc od Małego Rynku, potem Popularny, nocne zwiedzanie zamku We Dwoje :D Spacer po Rynku i wreszcie nocleg u Pełzacza, prawie nieprzespana noc i kolejny dzień. I pierwsze rozstanie na dworcu, pierwsze z wielu w ciągu tego roku.

No dobrze, tak było rok temu. A co dalej? Jedna z najcięższych decyzji w moim życiu i próba wdrożenia jej w życie - przeprowadzka. Podstępny plan, który wymyśliłam owej prawie nieprzespanej nocy i robienie wszystkiego, żeby się wreszcie udało. No i kurcze… udało się! Kolejne spotkania z LInnowiczami, mniejsze lub większe (nie cierpię zwrotu “zlot”, bardzo negatywnie mi się kojarzy, ale nie ze względu na ten pierwszy krakowski), wreszcie grudzień i chyba nawet ważniejsza data - 27 grudnia 2006, czyli drugie duże krakowskie spotkanie. A potem było już z górki. No dobrze, nie zawsze z górki, może nawet częściej pod górkę, ale działo się tak wiele i tak dużo, że wydaje mi się, że od pierwszego zlotu minęły co najmniej dwa lata! Dziwny był to rok. Słodko-gorzki, można by powiedzieć.

28-29 października to dla mnie nie tylko rocznica zlotu. To coś więcej i coś dużo bardziej osobistego. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział co będzie się działo przez 365 dni od tej daty, to nie uwierzyłabym w ani jedno słowo! Życie potrafi zaskakiwać na różne sposoby.

Tak sobie myślę…

Coś mnie dzisiaj wzięło na różne “głębokie” rozważania. Okazuje się, że chyba lubię metodologię, chociaż wcale na to nie wyglądam. Jakoś tak zaczęła mnie fascynować, ma w sobie coś takiego… innego niż do tej pory. Od samego początku byłam bardzo przeciwna filozofii lingwistycznej, bo jak to tak - badać zdania?! To ma być filozofia?! Coś się chłopcom pomieszało i to bardzo… Na początku zajęć z metodologii zajmowaliśmy się właściwie tylko tym - trzy wymiary znaku, trzy królestwa, przeróżne rzeczy, które w ogóle nie trzymały się kupy i to miała być niby wielka fascynująca filozofia. I pani doktor, która cały czas wyśmiewała nasze szczytne myśli mówiąc - człowieku, co ty gadasz? To nie ma sensu, to jest bełkot jakiś… idea?! To mi zbadaj ideę, to zobaczysz. Analiza, logika, teoria języka - gdzie tu miejsce na Platona? Nie podobało mi się też to nastawienie wyższości lingwistów nad resztą filozofów. “Phi, wy nie wiecie o czym mówicie! Wszystkie wasze problemy to tylko językowy bełkot. Zbadamy sens słów i pokażemy wam, że to nad czym się zastanawialiście od ponad dwóch tysięcy lat to bzdura.” Nóż się człowiekowi w kieszeni otwierał, bo przecież jak to możliwe, żeby za filozofów uważały się osoby, które mordują filozofię!

Ale okazuje się, że nawet na zajęciach z metodologii można się pokusić o głębsze przemyślenia. Dopiero tutaj do mnie dotarło jak bardzo filozofia jest bezinteresowna, chociaż używałam tego stwierdzenia już nie raz. Wiedza dla samej wiedzy, czysta teoria tego, jak badać rzeczywistość. Co zabawniejsze i nigdy nie przyszłoby mi do głowy - prawdziwa, dobra nauka opiera się na falsyfikowaniu rzeczywistości! Nie na potwierdzaniu hipotez, tylko na ich obalaniu! Co za przewrotność losu - naukowiec powinien cieszyć się, że jego teorię udało się obalić, bo to tak naprawdę oznacza postęp w nauce - wiadomo już, że tak na pewno nie jest, jak głosi pana hipoteza. Szukamy dalej! Dedukcja i jeszcze raz dedukcja. Tylko dlaczego w takim razie biologia czy chemia robią zupełnie odwrotnie? Dlaczego zajmują się opisywaniem obserwacji, chociaż wiadomo już, że tak naprawdę nie da się tego robić? Dlaczego zakładają jakieś rzeczy, które kupy się nie trzymają i na ich podstawie badają świat, chociaż nie wolno im niczego zakładać? I najsmutniejszy wniosek, którym chyba za bardzo się przejęłam - jeśli takiemu naukowcowi, który bada rzeczywistość metodą indukcji, upadnie jakaś teoria, to tak, jakby zawalił mu się świat. Co dziwniejsze - nie wini samej metody, wini siebie. Coś źle zrobiłem. Coś mi się nie udało.

Do czego zmierzam? Widzę tutaj analogię z ludzkim myśleniem, takim ogólnym. Dochodzę do wniosku, że jesteśmy wychowywani w kulturze opierającej się na indukcji. Wszystko dookoła zdaje się potwierdzać, że jest właśnie tak a nie inaczej, więc wysnuwamy sobie hipotezę, że tak być musi i koniec. I dopóki tak jest w rzeczywistości, jesteśmy szczęśliwi. A potem nagle coś trzaśnie - naszą teorię szlag trafił, a życie legło w gruzach. Ale przecież mówili, że tak jest naprawdę! Przecież nie mogli się mylić, tak nas wychowali, to wszyscy w to wierzą i do tej pory wszystko było okey! Więc to koniecznie musi być prawda, po prostu ja coś źle zrobiłam. Ja zawiniłam. To moja wina, jestem niedoskonała, nie potrafiłam tego czy tamtego.

A o ileż prościej byłoby podchodzić do tego od drugiej strony? Można coś sobie założyć, ale fakt, że do tej pory tak było, nie oznacza, że to jest regułą. I nagle się okazuje, że w jednym przypadku jest inaczej, zupełnie nie to! No to w sumie dobrze, wiem już teraz, że tak nie jest, nie żyję już w błędzie, mądra jestem o wiele bardziej niż wcześniej! To dopiero postęp! No to skoro nie jest tak, to spróbuję inaczej, a jak się nie uda, to nawet lepiej, będę wiedzieć znowu więcej. Ha! Czy to nie bardziej optymistyczne podejście? Wiem, że teraz generalizuję, bo są ludzie, którzy myślą na co dzień “indukcyjnie” i są tacy, którzy myślą “dedukcyjnie”. Ale ja na przykład zostałam wychowana właśnie tak - nie uda Ci się coś, to źle! Znaczy, że jesteś niedoskonała, bo nie potrafisz! I znam bardzo wiele takich osób, które dokładnie tak samo myślą. I mimo, że to pewnie profanacja przekładać metody poznania rzeczywistości na takie sobie zwykłe życie, cieszę się, że w metodologii dostrzegłam coś głębszego, co pozwoli mi się bardziej zainteresować tym działem.

A i jeszcze jedno. Myślę też sobie, że należałoby gruntownie przerobić metody nauczania, a przede wszystkim przedmioty nauczania. Właściwie powinno się zacząć nawet od podstawówki. Uczenie się literek i podstaw matematyki jest ważne. Pewnie tak samo jak rozpoznawanie który liść należy do którego drzewa. Ale chyba równie ważne są podstawy filozofii, które wydaje mi się już powinny poznawać dzieci w podstawówkach. Nie mówię tu o podziale filozofii czy wkuwania na pamięć nazw systemów filozoficznych. Raczej chodzi o pokazanie dzieciom, że można inaczej podchodzić do życia. Wiecie co mnie denerwuje? Niebotyczny materializm ludzi. “O Boże, uczysz się filozofii?! Łał, to nieźle! Ale takie lanie wody to nie dla mnie, to trzeba tyle wymyślać… Wolę coś bardziej konkretnego, no wiesz, jestem umysł ścisły, nie lubię książek. Bo właściwie to co ty będziesz miała po tej filozofii? Do czego ci ona potrzebna? Przecież na tym nie zarobisz, co ty po tym będziesz robić??” - to taka suma zbiorcza opinii na temat tego, co studiuję. Lanie wody? O zgrozo! Bardziej konkretnego? Czy jest coś bardziej konkretnego od logiki? Jest coś bardziej ścisłego od czysto racjonalnego badania świata? Hmm… No cóż, ludzie po prostu nie wiedzą co to jest filozofia. Mają jakieś mgliste pojęcie o tym, że banda facetów bardzo dawno temu gadała głupoty, których nikt nie rozumiał, a filozofowie teraz powtarzają to samo tylko trochę zmieniają, ale są te same głupoty. Cośtam o gapieniu się w gwiazdy nad nami i że prawa są w ludziach. Albo, że byt jest, a niebytu nie ma - no to bardzo odkrywcze! Ale na samochód to tym nie zarobisz dziewczyno, oj weź się za coś konkretnego! Jednak gdyby pokazać już dzieciom czym jest filozofia, na początek zacząć od etyki i estetyki, z czasem przechodzić do czegoś bardziej konkretnego - moim zdaniem mogłoby to przynieść jakieś pozytywne rezultaty. A przede wszystkim uważam za ogromny, przeogromny błąd, że na wszystkich innych kierunkach wciska się ludziom jeden semestr filozofii i każe im się otworzyć Tatarkiewicza, czasem coś przeczytać, gada się pierdoły o Platonie, a nikt i tak niczego nie rozumie (miałam przyjemność dokształcać na pewnym Sylwestrze osoby, które właśnie zdawały jeden semestr ogólnej filozofi… i to podobno filozof miał z nimi zajęcia!). O ile więcej mogliby zyskać, gdyby pokazać im filozofię przez pryzmat ich własnego kierunku. To przecież prawda, że wszystkie nauki szczegółowe miały swój początek w filozofii! Usłyszałam dzisiaj taką anegdotkę o studencie piątego roku chemii, który pisał już pracę magisterską z obserwacji jakiś kryształków, ale jeszcze nie zdążył zaliczyć filozofii z pierwszego roku. Wykładowca (metodolog zresztą) zadał mu przeczytanie Poppera i zreferowanie go na zajęciach przed grupką studentów filozofii. Chłopak ślicznie się postarał, zreferował na piątkę, widać, że to naprawdę przeczytał. I padło pytanie - jak Popper odniósłby się do pana pracy magisterskiej? Nie wiedział co powiedzieć, bo przede wszystkim nie zrozumiał o co temu Popperowi właściwie chodzi. A chodziło o to, że referując tą książkę zanegował wszystko, co przez ogrom czasu i obserwacji napisał w swojej magisterce. Studenci filozofii boleśnie uświadomili mu to, a chłopak zupełnie nie wiedział co z tym zrobić. Co więc zrobił? Stwierdził, że jego promotor tak to właśnie widzi i to nie on, tylko promotor ustalił takie założenia i koniec. Tjaaa… Może więc porządna nauka filozofii przydałaby się we wszystkich dziedzinach. Chemików nauczyłaby dedukcji, a lekarzy czy prawników - podstawowych zagadnień z dziedziny moralności. No dobra, wystarczy ;)

P.S.: Nie twierdzę, że wszystko co dotąd osiągnęła nauka jest złe i nic nie warte. Chodzi mi raczej o samo podejście do rzeczywistości. Bo to, ze nauka się rozwija, to fakt. Zawsze jednak mogłoby być inaczej. Może nawet lepiej?

« Poprzednie wpisy